
Nasz kolega z Rady Osiedla miał okazję trochę popodróżować. Po powrocie spisał swoje najciekawsze spostrzeżenia i doświadczenia. Zobaczcie, jakie ma dla nas obserwacje – warto przeczytać!
Tanzania – na tropie bydgostianów
Miałem okazję spędzić dwa miesiące w tym afrykańskim niebywale ciekawym kraju. Tanzania powstała w roku 1964 z zespolenia Tanganiki leżącej na kontynencie i dawnego sułtanatu Zanzibar obejmującego wyspy Unguję i Pembę. Nie wiedziano jaką nadać nazwę temu nowemu tworowi terytorialnemu. Rozpisano więc konkurs publiczny! i w wyniku jego przyjęto zgrabną nazwę TANZANIA. Dziwny to kompromis pomiędzy czarną Afryką a muzułmańskim Zanzibarem. Arabscy sułtani Zanzibaru i jednocześnie Omanu na potęgę handlowali niewolnikami porywanymi przez siebie z głębi Afryki w tym także z terenów obecnej Tanganiki. Ponadto mordowali stada słoni dla pozyskanie ich kłów. Niebywale się wzbogacili na tych niecnych procederach a później na uprawie goździków gdzie zaganiali owych nieszczęśników do ciężkiej pracy.
Tanganika, onegdaj terytorium bismarckowskich Niemiec, weszła na mapy świata w latach 80 – tych XIX wieku. Wówczas wielcy tego świata – Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Portugalia pokroili kontynent afrykański niczym weselny tort na łakome kąski (naszym w latach trzydziestych też marzyły się kolonie – zerkali na Madagaskar). Wytyczono sztuczne granice, nikt nie przejmował się dotychczasową historią, zwyczajami tubylczej ludności. Tanganika przypadła Niemcom w sąsiedztwie angielskich koloni Kenii i Ugandy. Terytorium, wykrojone palcem na mapie, jest ogromne do dziś, gdyż nikt nie chciał zmian granic po likwidacji kolonializmu w latach 60 – tych ub. wieku. Powierzchnia tego kraju wynosi 945 tysięcy kilometrów kwadratowych czyli tak jak obecne Niemcy, Francja i Belgia razem wzięte.
Po I wojnie światowej i przegranej przez Niemcy, Tanganika została tworem administrowanym przez zachłannych Anglików. Im zawsze było mało; okazja przyszła sama aby powiększyć swoje imperium nad którym nie zachodziło słońce.
Tanzania pełna jest fascynującej przyrody – parki narodowe pełne dzikiej zwierzyny i ptactwa , rzeki z hipopotami, krokodylami. Tu znajduje się znaczna część Wielkiego Rowu Afrykańskiego skąd pochodzi nasz ludzki ród. Ośnieżony, wulkaniczny szczyt Kilimandżaro przyciąga turystów z całego świata. Ten symbol Afryki potrafi być bezlitosny dla nieprzygotowanych śmiałków pragnących go zdobyć. Sławny Aleksander Doba tam właśnie, na jego szczycie, zasłabł i dokonał żywota. Poniżej góry ciągną się plantacje kawy, która na wyżynach, na żyznej glebie, znakomicie owocuje (świetnie to opisała Karen Blixen w powieści „Pożegnanie z Afryką”, później sfilmowanej przez Sydneya Pollacka z Robertem Redfordem i Meryl Streep w rolach głównych).
O tym kraju można pisać w nieskończoność. Mam już tego rodzaju plany na niedaleką przyszłość.
W tym miejscu skupię się jednak, i to pobieżnie, na raju turystycznym oraz na bydgostianach czyli bydgoskich śladach na Zanzibarze. Cała wyspa usiana jest ośrodkami wypoczynkowymi pełnymi turystów z całego świata. Oferują one wszystkie usługi jakie można tylko wymyślić łącznie z wróżbiarstwem i spadochroniarstwem. Luksusowe ośrodki są niestety odgrodzone od miejscowej ludności, której poziom życia jest jeszcze, delikatnie mówiąc, niewysoki. Cała infrastruktura turystyczna jest w rękach kapitału amerykańskiego, europejskiego i południowoafrykańskiego. Zyski tam płyną ale podatki zostają na wyspie a miejscowa ludność ma dobre zajęcie. Czyli wszyscy zadowoleni łącznie z liniami lotniczymi, które te tłumy dowożą.
Magnesem ściągającym tychże turystów jest ponadto osoba nieżyjącego już Freddiego Mercuryego urodzonego w roku 1946 w Stone Town (starej części miasta Zanzibar) jako Farrokh Bulsara. Był Persem w rodzinie wyznającej zoroastrianizm – religii dawnej Persji (obecnie Iran), którą później wyparł islam. Ten gwiazdor mający do dziś miliony wyznawców i fanów uznawany jest w islamskim Zanzibarze za grzesznika i nie cieszy się tam sympatią. Był homoseksualistą i zmarł na AIDS w roku 1991. Dobrze, że władze miasta zgodziły się chociaż na utworzenie jego muzeum, do którego stadnie dążą turyści.
Choć wyspa jest formalnie muzułmańska nie ma tu żadnych problemów z alkoholem. Bez tego szatańskiego wynalazku turystyka by nie zaistniała. Zanzibar to dziś wielka imprezownia; jest w światowej czołówce porównywalna z Bali, Ibizą czy Majorką. Kluby nocne, kasyna są na każdym kroku; alkohol leje się strumieniami. Pobożni muzułmanie przymykają na to oczy – wiadomo – pecunia non olet (pieniądz nie śmierdzi).
W zaułkach Stone Town istnieje szczególne muzeum bliskie nam Bydgoszczanom. Jest to muzeum poświęcone księżniczce Salme, córce sułtana i jego nałożnicy – Czerkieski. Jej matka jako dziecko została porwana z terenów północnego Kaukazu i stała się własnością sułtana Saida. Z biegiem lat czcigodny sułtan dołączył ją do grona swych konkubin a miał ich ponad 70. Spłodził raptem 120 dzieci co nie jest żadnym rewelacyjnym wynikiem.
Sayyidę Salme nudziło życie w haremie u boku matki i kilkudziesięciu rodzeństwa pod stałymi rygorami. W atmosferze skandalu, uciekła z haremu sułtana i poślubiła Niemca Heinricha Ruette, przedsiębiorcę w dziedzinie handlu. Przyjechała do Europy, zmieniła personalia na Emily Ruette. Nikt by o niej nic słyszał gdyby w roku 1886 nie wydała książkę „Pamiętnik arabskiej księżniczki”. Była to autobiografia przedstawiająca nieznany Europejczykom obraz życia na wyspie Zanzibar w czasach niewolnictwa. Była to pionierska książka, wzbudziła sensację i wielkie zainteresowanie całego cywilizowanego świata. Salme stała się sławna, zapraszano ją na wysokie salony.
W roku 1914 zamieszkała w ówczesnym Brombergu (dziś Bydgoszcz) przy ulicy Büllowstrasse 17 (obecnie ulica Mickiewicza) z córką Rosą i jej mężem Martinem Troemerem wysokim dowódcą wojskowym. W roku 1920 na fali masowego wyjazdu Niemców do Rzeszy wyjechała z Bydgoszczy do Jeny gdzie zmarła w roku 1924.
Kiedy zwiedzałem to muzeum jedno mnie uderzyło – ani tam śladu pobytu księżniczki w naszym mieście. Wraz z moją córką dogadaliśmy się z kustoszem muzeum, sympatycznym starszym panem Arabem, że uzupełnimy te braki. Niebawem wyślę jemu kilkanaście zdjęć ze współczesnej Bydgoszczy, z okolic ulicy Mickiewicza, parku Kochanowskiego, parku Jana Kazimierza z „Potopem” i znad Brdy. Czyli wszędzie gdzie mogła przebywać Sayyida Salme vel Emily Ruette. Obiecał, że je odpowiednio wyeksponuje.
To nie jedyny bydgoski ślad. Na południowym cyplu wyspy Zanzibar znajduje się ośrodek wypoczynkowy „Juana Ocean Villas” obejmujący 10 luksusowych willi nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Można tu poczuć się jak w raju a szefostwo to nasi ziomkowie. Znana bydgoska restauratorka, przedsiębiorczyni tam właśnie rozszerzyła swe turystyczno – gastronomiczne imperium. I chwała jej za to!
Roman Sidorkiewicz

w parku narodowym Ngorongoro



















































Niemal każdego dnia policjanci z Bydgoszczy otrzymują zgłoszenia dotyczące różnego rodzaju oszustw, których ofiarami padają osoby kierowane chęcią szybkiego i dużego zysku. Nie inaczej było z 74-latkiem, który chcąc zainwestować swoje oszczędności na platformie inwestycyjnej stracił ponad 400 tysięcy złotych. Pamiętajmy, że informacje pojawiające się na stronach internetowych czy w mediach społecznościowych nie zawsze są prawdziwe. Często to fałszywe strony założone przez oszustów, które służą im do przestępczej działalności. 





























